byc-szczesliwym blog

Twój nowy blog

Wszystko to jedno wielkie czekanie. Oczekiwanie.
Wyczekiwanie.

„Telefony wymyślono
chyba po to, żeby całymi godzinami wpatrywać się w te milczące wynalazki.” ;)
Czekanie
na telefon. Na smsa.

Czekanie w kolejce po bilety. Czekanie na autobus. Czekanie
na przystanek.

Czekanie na dworcu,
jako jedna z wyższych form czekania.

Czekanie na otwarcie drzwi. Czekanie na wódkę. Czekanie, aż
wódka się schłodzi. Czekanie na napełnienie szklanki. Czekanie na efekty
działania. Czekanie na łóżko. Czekanie, aż przestanie działać.

Czekanie na uśmiech. Czekanie na pierwszy gest przyzwolenia.
Czekanie możliwość obnażenia (się).  Czekanie na spełnienie. Czekanie na
papierosa. Czekanie, aż papieros się dopali. Czekanie we śnie. Czekanie, aż
zrobi kawę. Czekanie na posmarowane masłem kanapki. 

Czekanie na zielone światło. Czekanie, aż kierowca ruszy.

I znowu całe czekanie od początku. Telefon-  wódka- sen- łóżko- szczerość- papieros- śniadanie…

Czekanie na powrót. Czekanie na rozmowę. Czekanie na
deklarację. Czekanie podczas podejmowania decyzji. Czekanie na odpowiedź.
Czekanie na ciąg dalszy.

Czekanie, czekanie, czekanie. Oczekiwanie. Wyczekiwanie.

 

martuś

The Sims 2

Brak komentarzy

I wie Pan co myślę? Że
w życiu na przekór wszystkiemu trzeba robić głupstwa i mieć kaprysy. Że rozsądek
i posłuszeństwo wcale nie muszą być nagrodzone. Właściwie tylko w to jedno
wierzę.

Trzeba (było) wytrzepać pieniądze z rękawa i siedzieć w
pociągu do Warszawy.

Tracę siły do życia. Sensu od dawna nie widzę.

Ale mówię sobie sama,
że mi jest fantastycznie!

 

martuś

„…tą niewidzialną
siłą, która wprawia świat w ruch, nie są miłości szczęśliwe, ale nieszczęśliwe
właśnie.”

Ale nie ma nieszczęśliwych miłości.

Jeśli tylko się kocha, musi się być najszczęśliwszym człowiekiem
na świecie! Miłość jest czymś tak dobrym, wspaniałym, wypełnionym nadzieją i
wszechogarniającym, że nie może być w niej miejsca na choćby kropelkę
nieszczęścia.

(Z majowych rozważań)

 

Może bardziej chodzi o miłość spełnioną?

 

Tak, mnie też. Z przykrością muszę stwierdzić, że czas
mojej stabilizacji, spokoju, pewności jest czasem niepłodnym.

W przeciwieństwie do tego czasu umierania z miłości i
śmierci wylewającej się na papier…

 

martuś

Mimozy!

Małgorzata niosła MIMOZY!

Czegóż jeszcze trzeba było tej leciutko zezującej wiedźmie, która wtedy, na wiosnę, niosła bukiet mimozy?

Tyle godzin czytania, tyle rozważań, tyle wydań przechodzących przez ręce, a ciągle jest coś do odkrycia!

I jakież olbrzymie znaczenie tego, że to akurat były mimozy!

O bogowie, o bogowie moi! Czegóż jeszcze brakowało tej kobiecie, w której oczach jarzyły się nieustannie jakieś niepojęte ogniki? Czegóż jeszcze trzeba było tej leciutko zezującej wiedźmie, która wtedy, na wiosnę, niosła bukiet mimozy? Nie wiem, nie mam pojęcia. Mówiła zapewne prawdę – potrzebny był jej on, Mistrz, a wcale nie żadna gotycka willa ani własny ogródek, ani pieniądze. Mówiła prawdę – ona go kochała.

Amen.

martuś

Duszę się tym miastem.

Na początku wszystko było nowe, świeże, stanowiło taką miłą odmianę. Można było odkrywać coraz to nowe miejsca, rzeczy, wszystko wydawało się fascynujące.

A teraz… Nie mogę patrzeć na gołebie, rynek omijam szerokim łukiem, nienawidzę ulicy Floriańskiej i wiecznego na niej tłumu. Przyszła wiosna, więc już nawet na plantach nie jest fajnie. Nad Wisłą ciężko znaleźć kawałek wolnego trawnika, na Zakrzówek nawet lepiej się nie wybierać. W kanjpie wieczorem znalezienie wolnego stolika graniczy z cudem. 

Do tego zrobiło się tu tak ciasno. Chociaż od dwóch miesięcy mieszkam zupełnie po drugiej stronie miasta, to i tak spotykam w autobusach znajome twarze. Wszyscy zaczynają o sobie wszystko wiedzieć, przestaje się być anonimowym, znowu trzeba uważać co się robi i mówi. 

I chociaż zdajemy sobie sprawę, że jest jeszcze dużo rzeczy, których tu nie odkryliśmy, to i tak chodzimy w te same miejsca, do tych samych knajp, a poszukiwanie jakiejkolwiek nowej zawsze kończy się piwem w Carpe Diem, a każda impreza w Kitsch’u.

O ile w ogóle stąd wychodzimy…

 

 martuś

- Co Pani uważa za swoją największą zaletę?

- Łatwość nawiązywania kontaktów z Ludźmi.

- A co za swoją największą wadę?

- Łatwość nawiązywania kontaktów z Ludźmi.

 

Za darmo nie dostaniesz nic ładnego
zachód słońca jest za darmo
a więc nie jest piękny
ale żeby rzygać w klozecie lokalu prima sorta
trzeba zapłacić za wódkę
ergo
klozet w tancbudzie jest piękny
a zachód słońca nie.


„Źle czy dobrze, okaże się później. Ale trzeba działać, śmiało chwytać życie za grzywę. Wierz mi, malutka, żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania, wahania. Czynów i decyzji, choć niekiedy przynoszą smutek i żal, nie żałuje się.” (!!!)

 

martuś  

Po dłuższym wywodzie nad wyższością studiów humanistycznych nad technicznymi:

M: …trzeba było iść na jakieś humanistyczne badziewie, to byśmy teraz nic nie robili!

A: Nooo… i po studiach też byśmy nic nie robili.

 

Pozdrawiam przyszłych inżynierów! 

 

martuś

Chciałabym pisać. 

Ale kiedy się nie kocha, to nie ma o czym pisać.

 

(W ten subtelny sposób sugeruję, że wszystko inne na tym świecie jest bzdurą.)

 

martuś

Jakiś czas temu na plantach, w okolicach teatru Słowackiego stanęło szklane pudełko z rozbitym fortepianem w środku, wokół którego słychać dźwięki muzyki Chopina.

Odprowadzałam Księcia (niestety nie z mojej) Bajki na dworzec, kiedy zauważył to pudło i zaczął głośno komentować z typową dla niego pogardą wszelkich tego typu urozmaiceń. Stwierdził, że to bez sensu (oczywiście), ale skoro mieli stary fortepian nic lepszego nie mogli z niego zrobić… etc. 

Ledwie podjęłam próbę tłumaczenia mu, że przecież rok Chopin’owski, a w naszą rozmowę włączyła się pewna starsza dama i z całym spokojem zaczęła mojemu towarzyszywi tłumaczyć symbolikę rozbitego fortepianu. 
Zapytała czy zna wiersz Norwida; oczywiście nie znał; streściła, pokrótce zinterpretowała, zaapelowała o powstrzymywanie się od tego typu komentarzy, jeśli jest się takim ignorantem (ona łagodniej to ujęła;)), pożegnała się i poszła w swoję stronę. 
Najdziwniejsze jest to, że jemu nawet nie było głupio…

A ja w Krakowie lubię to, że ludzie ot tak włączają się w rozmowę obcych na jakiś neutralny temat. :)

 

martuś

Powiedziałam, że do Ciebie przyjdę- nie przyszłam, 
Powiedziałam, że za Ciebie wyjdę- nie wyszłam, 
Powiedziałam, że nie umiem zdradzić- umiałam, 
Powiedziałam, że się chcę poprawić- nie chciałam… 
Tłumaczyłam, że nie zapominam- no nie wiem, 
raz już była przecież taka zima- bez Ciebie… 
Przysięgałam: „jesteś całym światem”- niemądrze, 
Obiecałam: „wrócę tu przed latem”- a skądże!

Nie lubię Cię! 

Nikt inny mnie tak nie denerwuje. 

Swoim wyrazem twarzy, zachowaniem, sposobem wypowiadania się, używanymi zwrotami, brakiem wrażliwości, niedelikatnością, koszmarnym gustem! 

Swoimi żelaznymi zasadami, przesadnym ułożeniem, tempem lodowca, zerową kreatywnością, sceptycyzmem, nieistniejącą spontanicznością, brakiem empatii i zrozumienia drugiego człowieka! 

Fatalnymi manierami, kompletnym brakiem wyobraźni, do tego nieumiejętnością obserwowania rzeczywistości, wygórowanymi wymaganiami! 

Teoretyzowaniem wszystkiego, brakiem inicjatywy podejmowania działań, dostosowywaniem wszystkiego do siebie, nieznaniem się na żartach! 

A już najbardziej denerwujesz mnie tym, że chociaż tak bardzo Cię nie lubię, to nie potrafię bez Ciebie wytrzymać miesiąca!

 

Powiedziałam, że już nie zadzwonię- dzwoniłam, 
Powiedziałam: „idź już lepiej do niej”- kęciłam, 
Powiedziałam: „nic już nie pamiętam”- a jakże! 
Powiedziałam: „cóż, nie jestem święta”- to fakt, że 
okłamałam Ciebie tyle razy, mój miły, 
jakoś na to nie brak mi fantazji i siły, 
powiedziałam, że nie będę czekać- czekałam, 
bo czasami chce się do człowieka- ja chciałam…

 

Z okazji 7-go listopada, pod wypływem „listów na wyczerpanym papierze”- 

martuś


  • RSS